Są na świecie miejsca, w których można zakochać się oglądając same zdjęcia. A jeśli tylko da się do nich dojechać samochodem – stają się prędzej czy później obowiązkowym celem jednej z naszych Dusterowych przygód. Tak się zaczęło kilka lat temu od Transfagarasan, a potem już poszło lawinowo – Teth, Kapadocja, Durmitor i wiele, wiele więcej. Ale tak daleko, jak na Kaukazie jeszcze nie byliśmy, a im więcej oglądałem ikonicznych zdjęć Chor Wirap, tym bardziej pragnąłem dotrzeć do stóp Araratu. W ten sposób wyruszyliśmy do konkretnego miejsca, ale bez konkretnego planu. Spojlerując – cel został osiągnięty, ale poza słynnym monastyrem Armenia zachwyciła nas na wielu innych płaszczyznach.
W Turcji byliśmy już kilka razy, więc wiedzieliśmy, że do Stambułu uda nam się dojechać „od strzała”, z krótką drzemką, w około 24 godziny. Jednak nadal byliśmy dopiero w połowie drogi do Kaukazu. Nie było nas nigdy wcześniej na północno-wschodnim wybrzeżu Turcji, więc trochę zwolniliśmy, zaliczając kilka mniejszych atrakcji turystycznych, przy okazji nabierając energii przed Gruzją.
Relację z przygody w Armenii znajdziesz też w Magazynie OFF-ROAD PL nr 262!
Europa!
To jest pierwsza myśl, która przyszła nam do głowy po przyjeździe do Batumi, drugiego co do wielkości miasta w Gruzji. Ani trochę nie odbiega od tego, co znamy z „naszej” części kontynentu. Zadbane, pełne wieżowców miasto, tętniące życiem o każdej porze dnia i nocy. Właśnie nocą, z racji niesamowicie kolorowego wybrzeża, szczególnie warto wybrać się na przechadzkę po mieście. Tuż przed zachodem słońca wjechaliśmy kolejką na wzgórze Anuria, skąd rozpościera się fantastyczna panorama na całe miasto, a barwy zachodzącego słońca kreują niesamowity spektakl. Do tego udało nam się znaleźć nocleg na wzgórzu, na obrzeżach Batumi, z widokiem na całe miasto. Aż chciałoby się zostać na dłużej, ale to dopiero początek przygody.


Turcja, przygoda off-road – kawałek Azji na wyciągnięcie ręki
Ckaltubo – Uzdrowisko widmo i gruzińska gościnność
Dotarliśmy do Ckaltubo, miasta, w którym do czasu rozpadu ZSRR funkcjonowało około 25 sanatoriów. Obecnie niszczeją i są wdzięcznym obiektem dla miłośników urbexów oraz… miejscem na osobliwe sesje ślubne dla miejscowych. Jakież było nasz zdziwienie, gdy przy kilku sanatoriach mijaliśmy się z całymi grupami weselnymi. Ponadto budynki stanowią schronienie dla wielu osób, które opuściły Osetię i Abchazję. Kilka z sanatoriów można zwiedzać z samozwańczymi przewodnikami, którzy za kilka lari oprowadzą i poopowiadają o tych opuszczonych miejscach. W jednym z takich miejsc trafiamy na Arcziła, któremu, według jego opowieści, Rosjanie wymordowali całą rodzinę w Abchazji, a on sam uciekł do Gruzji i żyje w mały pokoiku, w jednym z budynków. Pokazał nam między innymi, w jak polowych warunkach funkcjonuje mikrospołeczność takiego sanatorium, gdzie woda jest tylko przez kilka godzin dziennie, a o ogrzewaniu można zapomnieć. Do tego nikt nigdy nie wie, kiedy mu sufit spadnie na głowę.
Nocleg znajdujemy w Burdżumi gdzie Pavel, gospodarz domku, wita nas w iście gruzińskim stylu. Na dzień dobry lądujemy w jego małej piwniczce winem i bimbrem, zwanym czaczą, płynącej. Po poznaniu całego bukietu lokalnych smaków, chwiejnym już krokiem, zabieramy toboły z auta i udajemy się do pokoju. Tyle, co zanieśliśmy rzeczy – Pavel zaprasza nas na kolację. Zasiadamy przy zastawionym stole, pełnym miejscowych specjałów oraz potraw przygotowanych przez żonę gospodarza. Mój angielski okazuje się zupełnie nieprzydatny, ale migowo-międzyjęzokowa dyskusja, okraszana toastami czaczy, trwa do późnych godzin nocnych. Rano żegnamy się z sympatyczną rodziną i otrzymujemy od nich na drogę butelkę czaczy oraz tkemali – sosu śliwkowego, które zachwaliliśmy minionej nocy.


Tbilisi
Im głębiej zapuszczamy się w Gruzję, tym bardziej wygląda ona tak, jak nasze wyobrażenia o niej. Niszczejące budynki i ogólna bieda, ale przesympatyczni ludzie i piękne widoki. Docieramy do Tbilisi, które, choć znacznie większe od Batumi, wydaje się jego dużo biedniejszą wersją. Jak okiem nie sięgnąć – blokowiska żywcem pamiętające czasy sowieckie. W tej betonowo-szarej rzeczywistości, poza uroczym starym miastem i kolejką linową do Mateczki Gruzji, wyróżnia się Kronika Gruzji, czyli monument postawiony na niewielkiej górce, z którego rozpościera się widok na miasto. Z racji swoich monstrualnych rozmiarów i lokalizacji, jako jedyny w stolicy wywołał u nas efekt „łał”. Prosto z Tbilisi udajemy się na południe – do Armenii.
Sevan, Armenia – jesteśmy wysoko
Praktycznie od samej granicy gruzińsko-armeńskiej droga prowadzi niemal tylko w górę. Serpentyny, tunele i kilometry podjazdów, aż w końcu docieramy do Sevan – największego jeziora Kaukazu, zajmującego ponad 3% powierzchni Armenii. Dosłownie zapiera dech w piersiach – lustro wody znajduje na wysokości 1900m n.p.m., więc jeszcze pół kilometra wyżej niż Morskie Oko! A mówimy o jeziorze, na którym ciężko dostrzec drugi brzeg i jeszcze dodatkowo otoczonym przez góry. Postanawiamy zrobić rundę wokół zbiornika, zaliczając kilka urbexów i punktów widokowych, z Sevanavank na czele – monastyrze postawionym na jednym z półwyspów. Jednak to, co nas najbardziej urzekło, to Norashen Reserve – park położony nad samym jeziorem i skrupulatnie pilnowany przez ekipę w mundurach. Norashen jest nazywany Armeńskimi Malediwami – i to porównanie jest jak najbardziej trafne. Nad brzegiem wita nas krystalicznie czysta, błękitna woda oraz… plaże z delikatnym, miękkim piaskiem – istnie Lazurowe Wybrzeże na wysokości blisko 2 kilometrów! Być może to z powodu kapryśnej pogody, ale poza strażnikami byliśmy jedynymi osobami na cały malowniczym półwyspie.


Łotwa, Estonia, Finlandia – Wielkanoc w krainie Muminków
Armaghan – jeszcze wyżej!
Przed wyjazdem usłyszeliśmy, że „koniecznie musimy zaliczyć jakiś wulkan”. Nie trzeba nam powtarzać! Wybór padł na Armaghan, położony kilkanaście kilometrów od jeziora Sevan. Na zdjęciach satelitarnych nie wygląda strasznie, a w internecie są zdjęcia z Nivą na szczycie. Więc czemu Duster miałby nie dać rady? Przez kilka kilometrów od ostatniej wioski droga była całkiem przyjemna, ot delikatny szuter. U samego podnóża wulkanu zrobiło się stromo, kamieniście i zaczęła się walka o każdy metr podjazdu. Stromizna, rzadkie powietrze i wyboje sprawiały, że co nóż to brakowało mocy lub się przegrzewał silnik – to ten moment, kiedy bardzo brakowało reduktora. Na szczęście wzdłuż drogi znajdowały się pola, na których można było postawić auto bokiem do pochylenia, poczekać aż przestygnie i ponownie nabierać rozpędu. Podjazd szedł momentami bardzo ślamazarnie. Do tego stopnia, że Marlena szybciej wchodziła na piechotę, niż ja podjeżdżałem. Choć rzadko mi się to zdarza, byłem gotów odpuścić. Ale wtedy żona machała mi z góry, żeby spróbować jeszcze raz. Jak sama potem stwierdziła – gdybyśmy nie wjechali, byłby kac do końca wyjazdu, i pewnie jeszcze dłużej. Finalnie po kilku godzinach walki udało się dostać na ostatni podjazd, znajdujący się już na samej koronie wulkanu. On w tym wszystkim był już niczym autostrada. Udało się! Wjechaliśmy na Armaghan i z wysokości blisko 3000 metrów mogliśmy podziwiać bezkres ormiańskich stepów, monumentalne góry i jezioro Sevan. Ogromną radość dawały nie tylko widoki, ale też sam fakt zdobycia wulkanu i pokonania wielu słabości zarówno swoich, jak i naszego wysilonego Dustera.


Na samym szczycie wulkanu znajduje się maleńki monastyr a wewnątrz krateru stawik. Dopiero kiedy zaczęliśmy zjeżdżać uświadomiliśmy sobie, jakie stromizny momentami pokonywał nasz samochód. Miejscami zjazd podnosił poziom adrenaliny bardziej niż podjazd, tym bardziej że znaczna część trasy to glina, więc nawet nie chcieliśmy myśleć, co by było gdyby spadła choć odrobina deszczu. Po zjeździe z Armaghanu nogi trzęsły się jeszcze długo. Sami, kilka kilometrów od cywilizacji. Zaczęliśmy się zastanawiać czy to było odpowiedzialne… Pewnie nie, ale czy byśmy to powtórzyli? Bez zastanowienia.
Armenia – Wings of Tatev
Wings of Tatev (Skrzydła Tatewu) to kolejka linowa zapisana w księdze rekordów Guinessa. Po krótce: ponad 5,5 km długości, a najdłuższy odcinek to 2,7 kilometra w najwyższym punkcie znajdujący się 320 metrów nad ziemią. Marlena od razu stwierdziła, że nie pojedzie, choć moim zdaniem na tle innych kolejek czy wind na Kaukazie – ta wyglądała na „w miarę” dobrze utrzymaną. Kolejką można pojechać z Halidziora do monastyru Tatev. Albo w drugą stronę – ale wówczas trzeba przekroczyć wąwóz Vorotan, nad którym wiszą Skrzydła Tatewu, nadrabiając 40 minut serpentynami. Oczywiście wybraliśmy opcję dłuższą, a czas dodatkowo się wydłużył, bo akurat na jednej z serpentyn osunęła się skarpa i służby udrożniały drogę. Zresztą widać było, że osuwająca się droga w tym miejscu to norma, bo co rusz przejeżdżaliśmy przez wybrakowane z asfaltu, świeżo usypane odcinki. Swoją drogą ciężko się dziwić, bo bez przerwy kursowały tam wyładowane głazami do granic możliwości i ledwo dające radę Kamazy, a zapach spalonego sprzęgła spowijał całą dolinę.
Sama kolejka oczywiście robi wrażenie, podobnie jak monastyr Tatev i cała otaczająca go okolica. Całe szczęście, że postanowiliśmy przekroczyć Vorotan, bo inaczej nie trafiliśmy na Halidzor Ditaket – punkt obserwacyjny wychodzący głęboko w wąwóz, z którego rozpościera się panorama niemal 360 stopni na cały przełom. Do punktu prowadzi ścieżka znajdująca się na wąskim nasypie, a będąc u celu można odnieść wrażenie, że unosimy się centralnie nad samym kanionem.


U stóp Araratu
Góry i wąwozy, jeziora, mnóstwo punktów widokowych – nie sposób opisać wszystkiego, a zdjęcia i filmy oddają tylko w mały stopniu magię tego kraju. Niemal po horyzont pozbawiona drzew i krzaków panorama towarzyszy nam przez całą Armenię, aż końcu docieramy do celu naszej wyprawy! Jest i on – Ararat w pełnej okazałości. Faktycznie, widać go ze sporej części kraju, ale największe wrażenie robi z okolic monastyru Chor Wirap. Jest to miejsce w Armenii, z którego do świętej góry Ormian jest najbliżej, bo jakby nie było, Ararat leży na terytorium Turcji. A z nimi Ormianom nie jest po drodze. Podobnie zresztą jak z Azerami, dlatego do Armenii można się dostać tylko od Gruzji lub Iranu.
Okolice monastyru są położone znacznie niżej niż pozostała część Armenii, co dodatkowo sprawia, że u stóp, ponad 5-tysięczny Ararat wydaje się gigantyczny, a otaczający go tren zdaje się bezkresną równiną. Chor Wirap, czyli monastyr „Głębokie Lochy”, wygląda magicznie na tle tej góry. Sam teren świątyni jest otwarty na turystów i owe „lochy” są dostępne do zwiedzania, a w okolicy monastyru znajdujemy kilka górek z panoramą na Ararat i całą okolicę.
Używane auto do 20 tysięcy: czego szukać, żeby nie żałować?
Erywań i okolica
Stolica Armenii jest typowym miastem, które pamięta czasy sowieckie i niewiele się różni od Tbilisi czy Sarajewa. Znajduje się w dolince, więc niemal z każdego miejsca miasta da się zobaczyć Ararat. Punktów do zwiedzenia mamy dużo, ale nie nic spektakularnego, raczej typowe „must see” jak słynne kaskady, Matka Armenia czy Plac Republiki. Bardziej nakręcałem się na kolejny przystanek – radioteleskop ROT-54.
Z samego rana docieramy do Orgov, małej wsi, w której znajduje się opuszczony ośrodek badawczy. Na jego terenie znajduje się jeden z największych teleskopów świata. Przed wjazdem do ośrodka wita nas strażnik, który domaga się przepustki. Tej oczywiście nie posiadamy, przekonani opiniami, że wystarczy dać „w łapę” i puści nas dalej. Niestety nic bardziej mylnego, długie negocjacje i podchody, na różne sposoby, nie przynoszą efektu. Tym razem się nie udało i jednak mały kac po powrocie będzie, ale też duży pretekst, aby wrócić do Armenii.


Giumri i baza Rosyjska
Powoli, opuszczając Armenię, docieramy do Giumri. Jest to miasto piekielnie ciekawe na wielu płaszczyznach. Niegdyś było jednym z większych uzdrowisk, któremu kres położyło trzęsienie ziemi z 1988 roku. W zniszczonym parku zdrojowym, przy żelaznej „grającej fontannie”, spotykamy starszą panią opiekującą się okolicznymi psami. Ta, w zamian za drobniaki na karmę, opowiada nam historię Giumri i pokazuje archiwalne zdjęcia z okresów świetności. Do dziś nie udało się odbudować znacznej części miasta a widok częściowo poburzonych budynków, w których nadal mieszkają ludzie, wygląda przerażająco. Podobnie jest w samym centrum, gdzie odrestaurowane budynki przeplatają się z ruinami.
Po drugiej stornie miasta docieramy do monumentalnej Mateczki Armenii i położnego w pobliżu odrestaurowanego fortu „Czarna Wieża”, który został przerobiony na małą halę widowiskową. Na wzgórzu obok znajduje się zrujnowana forteca, do której nie potrafiliśmy znaleźć drogi. Postanowiłem puścić drona i na całe nasze szczęście… nie zdążył się naładować po oblocie wcześniejszych miejscówek. Szukając dojazdu do owej fortecy okazało się, że trafiliśmy na tereny potężnej bazy Rosyjskiej, a ów budynek znajdował się już jej terenie. Zrobiliśmy szybką nawrotkę i odprowadzeni wzrokiem przez uzbrojonych po zęby żołnierzy, oddaliliśmy się w kierunku centrum Giumri.
Powrót
Droga powrotna zakładała zwiedzenie wschodniej Turcji, z dotarciem do jeziora Wan na czele. Niestety, czas i odległości zmusiły nas do zweryfikowania tych planów. Armenię opuszczaliśmy małą, górską granicą, podczas przekraczania której dopadło nas mocne gradobicie. Na szczęście Ormiańscy strażnicy wykazali się uprzejmością, pozwalając nam wjechać pod dach i pozwalając pasażerowi przejechać granicę w samochodzie (na każdej granicy od Turcji pasażerowie i kierowcy są rozdzielani). Wróciliśmy do Gruzji i przejazdem zaliczyliśmy Wardzie i twierdze w Achalciche. W samej Turcji postanowiliśmy po drodze zaliczyć Dark Canyon, a w miastach takich jak Erzincan czy Sivas stanowiliśmy nie lada atrakcję. To raczej nie są miejsca odwiedzane przez turystów, a język angielski jest nieprzydatny. Za to pole do popisu miała Marlena, która z miejscowymi Turczynkami nawet… wymieniała konta Instagramowe.
Film i zdjęcia oddają tylko w małym stopniu magię Armenii. Nie da się opisać wszystkich miejsc, ani opowiedzieć wszystkich historii z tej fantastycznej przygody. Nawet teraz, pisząc ten tekst, pojawiają się wypieki na moich policzkach i wracają wyjątkowe wspomnienia. Więcej o naszych przygodach znajdziecie na kanałach naszej DORTP-owej społeczności: Zobacz film z wyjazdu do Armenii!
Śledź DORTP.TV na kanale YT, Instagramie, TikToku i Facebook’u!












